„Linie/jemy formą” napisała Balas i się zgadzam, zarówno z linieniem, jak i z linii jedzeniem – przez formę w oko czytelnika lub w ucho – a później hopefully do serca i będzie happyend, przyjemny romans z literaturą. Zrzuceniem schematów i wyjściem poza oczywistości może być zabawa formalna, i dla pisarza, i dla krytyka. Wszyscy walczymy przecież o oryginalność, a to walka nie łatwa, zwłaszcza w gąszczu tekstów, które aż proszą się o wyznaczenie prostych łączących A i B w spójną, lekkostrawną narrację. Stąd zwrot mój i Jakuba w stronę geometrii trochę mniej oczywistej, która pozwala proste powyginać, zaczepiając o inne konteksty, frazy i języki (sympatii do smaku angielszczyzny nie udało mi się chyba ukryć). W tych zdiagnozowanych przez Jakuba napięciach międzywersowych (i międzywierszowych) rozgrywa się igranie z żałobą (grzebanie babci u Dziedzica), tounge twister na czas („najazd, kolonizacja? koloryzacja/ pasm górskich na przednówku? gra/ w klasy? klasyfikacja” Stępkowskiej), rozstrzelanka wyrazowa w rytmie jojo Gardowskiej. U Wierzchuckiej zaś kontrastuje linia przerywana (intensywnie kropkowana) z ciągiem przyczynowo-skutkowym matczyno-larwalnym, punkty versus pasma, u Poniatowskiej Olivia Coleman kontra Conan O’Brien (a tak naprawdę przyjaciółka-podmiotka szukająca słuchaczki). „Aloha, Grace” Murasickiej to z kolei opowieść pod tytułem tańcowało życie ze śmiercią, niezbyt efektownie (zgadzam się z nadzieją na świadome skampowanie wyrażoną przez Jakuba). Wszyscy silą się na wygibasy prosto z yoga retreat, a komu się udało osiągnąć nirwanę – to już państwo ocenicie sami. U nas toczy się gra w (z)łamanie fraz i interpretacji [transmisja na żywo, przyjmujemy zakłady].

+