
Spójrzmy na wprost, spójrzmy w tył, spójrzmy prawdzie w oczy – autorzy, o których pisze Jakub, przecinają płaszczyzny dobrze już znane entuzjastom polskiej literatury ostatnich lat. Tyle tylko, że to perspektywa zbyt jednowymiarowa, wystarczy bowiem trochę pomanewrować głową by pod innym kątem obserwować to, co dzieje się w tekstach, oddalając się od znanych i lubianych punktów podparcia, poszperać nieco inaczej i uniknąć „retoryki wzniosłości (awansu) i upadku”. Podążanie za poziomami podmiotów to prawdziwy workout egzystencjalny – skoki, przysiady, skłony i rozłożenia – od dzieciństwa do śmierci i z powrotem, i pomiędzy. Wydaje mi się, że właśnie ten trzeci wymiar domaga się trochę uwagi, wnikamy przecież w głąb układu słonecznego Barysa, w peryferyjne tkanki owoców i złotych medalików, w których mieści się cały porządek świata. Drążymy niewygodne miejsca tożsamości gęstej i heterogenicznej (queerogenicznej?), zbudowanej z ziemi dziedziczonej genetycznie i mokrych prześcieradeł. W medycznych narracjach Domagalskiego i Wróblewskiej szczególnie ciekawe jest zaś zawieszenie w limbo między bezruchem umierania a palącą gonitwą chorowania, znów wnikanie w przestrzenie pomiędzy (szpitalne łóżka i krzesełka w poczekalni), w których tak naprawdę rozgrywa się frustrująca gra o przetrwanie. Gra z perspektywą to zabawa, do której zaprosiła Cis, choć zamyka raz prawe oko, które patrzy pionowo, raz lewe – poziome, to zdaje się opisywać wszystko tym trzecim – mistycznie obejmującym porządki astralne i ludzkie jako jedną całość. No a Bąk? On wchodzi bezpardonowo w nasz język, w nasze sociale i wytyka palcem, że horyzont nam się ograniczył. Pozostaje tylko czekać na więcej trójwymiarowych wind, które nam go na powrót otworzą i poprzecinają znane szlaki.
