Są w świecie dwie fale: mechaniczne (że woda, że trzęsienie ziemi) i elektromagnetyczne (że światło, mózg, radio i zupa z mikrofali). I jest między nimi ten znaczek – ω – czyli pulsacja skalarna. A skalary często trzyma się w akwarium.

A teraz posłużę się autorytetem1, bo o falach wiem niewiele. Autorytet pisze (w przekł. Sławomira Królaka):

W klasycznym ujęciu cząstki są bytami materialnymi, a każda z nich w danym momencie zajmuje określony punkt w przestrzeni. Fale natomiast nie są rzeczami jako takimi; są raczej zaburzeniami (nie można zlokalizować ich w jednym punkcie), które rozchodzą się w pewnym ośrodku (jak woda) lub jako oscylujące pola.

W ujęciu nieklasycznym musimy niestety opuścić podręcznik do fizyki dla szkoły średniej, chociaż pewnie i tam pojawiają się dzisiaj równania różniczkowe, kot Schrödingera, interferencje, czyli że dwie fale mogą się nakładać i „zajmują w danym momencie to samo miejsce”, a także Gedankenexperimente, po który sięgają naukowcy „by lepiej zrozumieć podłoże fizyczne tej dwoistości”. Tak, wszystko to było w podręczniku.

Dla dalszej zatem przypominajki, tenże sam autorytet (w przekładzie):

Fale mają dwie ważne właściwości: amplitudę i długość. Amplituda fali to jej wysokość (tzn. względna wielkość zaburzenia). Z kolei długość fali to odległość między kolejnymi grzbietami fali. Amplituda fali wiąże się z jej natężeniem (lub jasnością w przypadku fal świetlnych). Względna faza fal składowych w przebiegu fali odnosi podobne cechy do siebie nawzajem (np. można mówić o względnej fazie grzbietów fal składowych). Gdy fale składowe w przebiegu fali ustawiają się w jednej linii, mówi się, że są ze sobą zgodne „w fazie”.

I „jakoś mówi się cały czas/ nie to, a jednak/ słyszy co trzeba” (to Piotr Sommer oczywiście). A zatem czy dwie fale w jednej linii są akurat „zgodne w fazie”? Czy jest to ta zapowiedziana przed laty Nowa Faza? No i wreszcie: co z tymi holograficznymi widmami? Po tym, jak podmiotka wierszy Olgi Juskowiak „wpadła w wir elektronowy”, doszła najwyraźniej do konkluzji wprost z teorii spiskowych, że „wszechświat jest hologramem” (a więc – to z Grendy-Kurmanow – „w holograficznym skrócie” może nam grozić wypalenie na kosmicznym dysku danych; jest zgoda). U Korlackiego, chociaż mamy tylko recenzję jego tomu, w wierszach „ćwiczenia na długich dystansach przeciągają się” aż do przewidzeń, tak bardzo, że o ich duchologiczną spektralność nie trzeba już pytać. Nie mniej fazują Mokrzycki na Sycylii i Sienkiewicz na Rondzie Kaponiera: u jednego wiecznoczas i trwanie „na powolnej fali przemijania” (to Bursa), u drugiego stopklatka najdłuższego na świecie pokazu usta-usta, aż po „odjazdy słońc, odloty nocy” (jest zgoda, falowy triumwirat).

Ale najbardziej lubię, jak na fali kołysze się prom, a w piosence jamajskiego pracownika „srebrzyście się rozchodzi światło”. Były wiersze jazzy i bluesy (nawet Larkin pisał sporo!), były nokturnowe skowyty i alby, ale szanta, która zmienia się w reagge? „Śpiewać w kołnierzach fal” – to jest dopiero prawdziwa faza.


  1. autorytet to Karen Barad z książki „Spotkanie z wszechświatem w pół drogi. Fizyka kwantowa a splątanie materii ze znaczeniem” (2024), czyli podróż ku etyce umaterioznaczeniowienia.↩︎

+